sobota, 27 kwietnia 2013

"You gonna fly"

Zmieniamy nieco klimat. Dziś będzie bardziej refleksyjnie. Wytaczam ciężką armatę i dzielę się z Wami moimi przemyśleniami. Sami zobaczcie z czym będzie się zmagać bohaterka tego tekstu...
Kawałek na dziś będzie optymistyczny i zupełnie niepasujący do tego tekstu, ale co tam... Lubię piosenkę... Zapraszam!

          Chodziła ulicami i obserwowała świat obojętnymi oczami. Patrzyła jak dzień zmienia się w noc, a po nocy nadchodzi różowy świt. Pory roku mijały jedna za drugą. Na ulicy podziwiała barwny korowód przechodniów. Lecz to wszystko wydawało się jej życiem kogoś innego. Ostatni raz doświadczyła takiego stanu kiedy przez kilka nocy z rzędu śniła, że uczestniczy w swoim własnym pogrzebie. Tyle, że ona stała gdzieś obok i biernie przypatrywała się wykrzywionym bólem twarzom przyjaciół i rodziny. Teraz też czuła, że patrzy na siebie oczami kogoś innego. Tak jak we śnie nie czuła się na siłach by odzyskać kontrolę nad swoim życiem. Pozwalała innym podejmować za siebie decyzje. Jeśli były dobre, dawało jej to szczęście. Jeśli były złe i przynosiły jeszcze gorsze skutki wściekała się i obrażała na doradców. Tak było wygodnie - wszyscy byli czarni, a ona biała jak płatek śniegu. Nie potrafiła radzić sobie z wyrzutami sumienia, więc je zagłuszała.
Coraz bardziej uzależniała się od ludzi i opinii o niej. Widziałam jak tęskni do towarzystwa, a jednocześnie się od niego oddala i zamyka we własnym świecie. Czasami tylko ja byłam osobą, w której towarzystwie czuła się swobodnie. Ja i Bóg. Później przestała się dla Niego starać. Sama zawiesiła się gdzieś pomiędzy wierzyć-nie wierzyć; istnieć - odejść. Modliłam się w jej imieniu: "Boże, nie opuszczaj nas!". Na szczęście mnie nie odrzuciła. To byłoby jak amputacja kończyny. Ale robiła wszystko, żeby się mnie pozbyć. Nie udało się - zostałam. Kilka kubków porannej kawy i papierosy pozwalały przedtrwać jej każdy kolejny dzień. Reszta była grą. Ktoś kiedyś powiedział jej, że ma umiejętności aktorskie więc z nich korzystała. Ale nie wszyscy się nabierali. Dobrze, że nie poszła do PWST...
Z dnia na dzień pogrążała się w pustce. Kiedy już było beznadziejnie, szlochając rozpaczliwie, pytała mnie:
- M2, jak mam żyć? Zrób coś z tą pustką.
- M, rządasz ode mnie rzeczy niemożliwych. Wiesz równie dobrze jak ja, że nie my mamy wpływ na nasze życie...
- Ale je nie czuję Jego obecności! - jęknęła żałośnie.
- To wydmuchaj nos i poczuj! - rzuciłam wściekła i dodałam. - A jeżeli czujesz się tak nie potrzebna, to odejdź i nie zatruwaj powietrza. Nikt nie będzie za tobą płakał - miałam już dość opiekowania się kimś, kto nie chce słuchać i nie uczy się na własnych błędach.
W nocy znów przyśnił jej się ten koszmar. Byłam przy niej. Usłyszałam jej cichy głos: - Tak zrobię, nic tu po mnie - gapiłam się na nią zdezorientowana. Po chwili dotarł do mnie sens jej słów i próbowałam ją powstrzymać. Uciszyła mnie gestem dłoni. - M2, proszę, pozwól mi odejść. Ty poradzisz sobie beze mnie znacznie lepeiej. Weź resztki wszystkiego, czym jestem i żyj. Coś tam potrafimy, może jeszcze będą z nas ludzie - to powiedziawszy, zamknęła oczy. Uścisk jej dłoni zelżał, a ona sama stawała się coraz mniejsza, aż w końcu zniknęła. Przez uchylone okno do pokoju wdarł się zimny podmuch i zakołysał firanką.
Siedziałam na łóżku, przełykając łzy.
- Żegnaj M! - wyszeptałam w mrok po chwili milczenia. - Dobrze, zrobię to dla ciebie. Dla nas! - firanka znów zatrzepotała. Zostałam sama i ogarnęła mnie panika. Jak żyć jej życiem? Jak naprawić to, co spieprzyła? Jak przyciągnąć ludzi, których odepchnęła? Zostałam sama z tysiącem pytań. Ale było późno i nie miałam siły o tym myśleć. Ogarnęła mnie senność. Przyłożyłam głowę do jej... do naszej poduszki. Ostatnią świadomą myślą było: "Wszystkim się zajmę, ale jutro"...

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

(cz. II) Szklana kula i czarny tulipan



Jestem Wam winna wyjaśnienie. To opowiadanie to kontynuacja "Rumu...". Znów zaglądamy do głowy głównej bohaterki i widzimy jak bije się z myślami. Będziemy też towarzyszyć jej podczas pożegnania z bliską jej osobą.
Tym razem odpowiedzialność za to opowiadanie ponosi moja chora wyobraźnia. jest też mały fragment pewnego marzenia sennego. Enjoy!

Podczas czytania autorka zaleca włączyć ten kawałek.

Szklana kula i czarny tulipan

          Sześć dni – tyle wystarczyło, żeby życie wróciło na swoje tory. Powróciło też uczucie funkcjonowania na autopilocie. Mózg wydawał mi rozkazy, które bez szemrania wypełniałam: czytałam, przebywałam na świeżym powietrzu, chodziłam po drobne zakupy. Próbowałam wykonywać cięższe prace, takie jak sprzątanie, ale rana na głowie od czasu do czasu pulsowała nieznośnym bólem. Połykałam tak wielkie ilości środków przeciwbólowych, że już nie wyobrażałam sobie przeżywania każdego kolejnego dnia bez nich. Przyjaciółki dzwoniły, ale co miałam im powiedzieć?! Że APAP mi szkodzi?! Że zaczynam świrować i że jedynymi stałymi punktami w moim życiu są obowiązki, które sama sobie narzucam i pory przyjmowania lekarstw?! Odizolowałam się od świata. Obserwowałam go przez szkło, patrzyłam jak zimne i nieprzyjemne noce zmieniają się w słoneczne i wypełnione dziecięcym śmiechem dni. Zazdrościłam im tych beztroskich chwil. Chciałam stłuc moją szklaną kulę i wyjść do nich – oddać się beztroskiej zabawie, a jednocześnie nie chciałam znów stać się częścią ich świata. Obojętność była moją tarczą i zbroją – jak kiedyś alkohol, ale nie mogłam pić. Nie mogłam też być obojętna na wszystko, zaczynał mi przeszkadzać mój tryb życia – chciałam wrócić do normalności. Czułam narastającą złość, a jednocześnie nie chciałam myśleć, czuć i pamiętać...
Mój mózg żył oczywiście własnym życiem i każdej nocy usłużnie pokazywał mi obrazy, które przewijały się przez moją podświadomość, przybierając formę upiornego koszmaru albo cukierkowej sielanki. Następnego dnia nie pamiętałam nic oprócz jednego fragmentu. Sądząc po nastroju panującym w tym śnie, musiał to być koszmar. Znajdowałam się w wielkiej sali. Było ciemno. Na szyi czułam czyjś zimny oddech i jeszcze bardziej zimne powietrze wpadające przez niedomknięte drzwi. Przez szparę w drzwiach do sali wlewało się ostre światło. Gdyby nie ono i tysiące świeczek porostawianych w różnych punktach sali, byłoby całkowicie ciemno. W świetle lichych płomyków widziałam niewyraźne kontury innych ludzi i jakieś strzeliste kształty - pewnie świeczniki. Nagle w centralnym punkcie sali dało się słyszeć dziwne hałasy-jakby tupanie i szuranie. Po chwili wszystko ucichło, by później środek sali mógł rozbłysnąć feerią barw. Snopy białego światła wystrzeliły ku niebu, a potem zaczęły przesuwać się po zebranych na sali ludziach. Na koniec padły na środek sali. Z chmury dymu zaczęła wyłaniać się scena oświetlona świecami. Na niej stał wielki czarny fortepian. On też tonął w morzu światełek. Rozgrzany wosk kapał na lśniącą powierzchnię. Później znów nastała cisza, a potem na scenę wyszedł dziwnie ubrany pianista. Cóż, nie każdy człowiek do smokingu wkłada glany. Rozpoznałabym tę sylwetkę wcześniej, a glany tylko potwierdziły moje przypuszczenia. Po chwili zaczął grać. W ciężką atmosferę oczekiwania wdarły się błyskotliwe i wdzięczne nuty. Siedziałam zasłuchana, a muzyka zmieniała się stopniowo. Lekkie i wdzięczne nuty stawały się cięższe, wesołe bardziej mroczne. Światła zmieniały się z częstotliwością mogącą przyprawić o zawrót głowy. Białe światło stało się ciemniejsze. Teraz salę rozświetlały czerwone i fioletowe smugi... A potem wszystko zaczęło wirować i w tym momencie zawsze budziłam się zlana potem...
          Wreszcie udało mi się osiągnąć równowagę i zaczęłam udawać, że żyję normalnie, próbowałam nawet żartować. I wtedy właśnie zdarzyło się coś, co zburzyło całą tę równowagę – na tarasie przed domem znalazłam płytę i wiązankę czarnych tulipanów. Domyśliłam się kto mógł mi podrzucić tak niezwykły prezent. Domyśliłam się też dlaczego wybrał takie kwiaty: ciemne jak nasze myśli i delikatne jak to, co nas łączyło. Właśnie, łączyło. Wpatrywałam się w te kwiaty i wydawało mi się, że słyszę jego myśli. To było pożegnanie. Włączyłam płytę. Z głośników popłynęła spokojna i niemalże wesoła melodia. W myślach zobaczyłam jego twarz – półuśmiech igrał mu w kąciku ust. Znów wydawało mi się, że słyszę jego myśli. Zapisywał nuty na pięciolinii myślał o podstawówce: zatłoczonych korytarzach, drobinach kurzu unoszących się w powietrzu, towarzyszącego bieganinie dzieci, nauczycielach i uczniach – w myślach pojawiały się znajome twarze. Muzyka się zmieniła na jeszcze bardziej wesołą, figlarną – myślał o wszystkich psikusach, które kiedykolwiek udało mu się wyciąć w jego szkolnej karierze. Później wysokie i figlarne dźwięki stały się niższe i cięższe – myślał o dojrzewaniu i pierwszych dylematach. Muzyka zrobiła się jeszcze bardziej mroczna i zobaczyłam jego twarz wykrzywioną grymasem bólu – jego myśli były nim wypełnione. W każdej nucie słyszałam echo samotności i lęku, strachu i niemocy. Nastąpiła chwila ciszy i usłyszałam westchnienie. I znów zmienił się nastrój. Muzyka, która ponownie popłynęła z głośników była inna. Słyszałam w niej radość i nieśmiałą nadzieję – w jego myślach zobaczyłam moją twarz. A później była już tylko cisza. Na moich policzkach powoli wysychały łzy. Pojedyncze czarne płatki opadały na biurko. Będzie bolało, ale kiedy opadną wszystkie płatki, wyrzucę bukiet do kosza, razem z wspomnieniami...
Zanim zdążyłam podejść do odtwarzacza, muzyka znów wypełniła pokój. Upiorne, wysokie dźwięki mieszały się z mrocznymi niskimi – czułam jego ból – mnie bolało tak samo. Upiorne dźwięki ucichły, zastąpiły je powtarzające się niskie, głuche dźwięki. Brzmiały jak „do widzenia”. Na końcu znów usłyszałam jego głos i szeptane coraz ciszej i ciszej „przepraszam”. A później była już tylko cisza...

wtorek, 16 kwietnia 2013

(cz. I) "Rum i glany"


       Wydaje mi się, że ta piosenka oddaje klimat opowiadania. Jak już mówiłam, jego bohaterką jest dziewczyna, która próbuje poradzić sobie z uczuciem do bardzo rozbitego emocjonalnie faceta. On ma problemy, pogrąża się w depresji - jej na nim zależy i próbuje mu pomóc. Kiedy kolejne próby nie dają oczekiwanego rezultatu, dziewczyna nie wytrzymuje. Jeśli jesteście ciekawi jak zareaguje? Oto przed wami pierwsza część opowiadania. Jest ono inspirowane moim snem. Zapraszam!
Tematem przewodnim tego opowiadaia niech będzie piękna pioesenka Eda Sheerana

 
Dedykuję to opowiadanie Tobie - Ty wiesz za co. Dziękuję, że zawsze mnie wpierasz!          



          Trzasnęłam drzwiami i wybiegłam z domu. Nie wiedziałam gdzie idę, dopóki nie znalazłam się gdzieś, co do złudzenia przypominało uliczkę, przy której mieszkała osoba, o której nie chciałam w tej chwili myśleć. W tej chwili chciałam wyłączyć mózg, wyjąć go sobie spod czaszki i wyrzucić do śmietnika! Sięgnęłam do torby przewieszonej przez ramię. Wyłowiłam z niej szklaną butelkę i odkręciłam zakrętkę. Zanim zapach rumu zdążył wypełnić powietrze wokół mnie, pociągnęłam spory łyk. Nie poszło gładko, chociaż to nie był pierwszy łyk tego wieczoru. Gardło paliło mnie żywym ogniem, ale nie chciałam trzeźwieć, nie mogłam! Nie chciałam więcej myśleć! Ale co z tego?! Mój mózg działał na autopilocie, niezależnie ode mnie. Rozejrzałam się dokoła. Rzeczywiście, byłam w pobliżu jego domu. Ze zdumieniem zauważyłam, że zrobiło się ciemno, mokro, zimno i zaczęło padać. Pomimo wypitego alkoholu cała się trzęsłam, coś przykleiło mi się do policzków. Po chwili zrozumiałam, że to moje wilgotne włosy. Byłam wściekła-wściekła na siebie, na rodziców, na Niego, na cały świat i na moje myśli.
- Myśli! - prychnęłam. To, co działo się teraz w mojej głowie, było dalekie od spokojnego myślenia. Przez mój mózg przetaczała się gwałtowna, wiosenna burza z piorunami i gradobiciem!
- Dość tego!-powiedziałam znów głośno. - Dość tego! Nie będę się tak zachowywać...
- Jak zachowywać? - znajomy głos przerwał mój gniewny wywód. Nie wiedziałam, że można się upić jednym łykiem rumu. I to tak skutecznie, żeby mieć omamy słuchowe! A ja chciałam nic nie słyszeć, nic nie czuć, nic nie widzieć i nie myśleć. Dlaczego nawet gdy się upijamy, to nic nie zależy od nas?!
- Ciebie tu nie ma - zaprotestowałam cicho, kręcąc głową. Wciąż stałam tyłem do osoby, której nie chciałam widzieć. - To tylko...
- Oszalałaś?! Jestem tutaj i chcę wiedzieć, co ty tu robisz? - mówiąc to, podszedł do mnie, chwycił mnie za ramiona i obrócił tak, żebym mogła spojrzeć mu w oczy. Ale nie mogłam, nie chciałam! Nie chciałam go widzieć, a jednocześnie chciałam!
Boże, nadawałam się do wariatkowa! Wreszcie spojrzałam mu w oczy. Nie wiem dlaczego, ale się skrzywił. - Piłaś - odpowiedział na moje nieme „Dlaczego się krzywisz?!". Nie, tego już za wiele! Zagotowało się we mnie po raz kolejny tego dnia. Jak on śmie?!
- Jak możesz?! - wyrzuciłam z siebie ochrypłym głosem. - To ty możesz mnie ignorować?! Nie odpowiadać na telefony i esemesy?! Odrzucać mnie, kiedy chcę ci pomóc?! - jego mina była bezcenna. Poruszał ustami jak ryba wyciągnięta z wody. Szybko się opanował.
- Wiem, jestem do kitu - mruknął. - Ale ja tylko..
- Co tylko? - warknęłam. - Nie pomyślałeś, że ja też mam jakieś uczucia?! Nie pomyślałeś też, że boli mnie, kiedy widzę cię takiego przybitego?! - popatrzyłam na niego i już znałam odpowiedź. - Nie, oczywiście, że nie. Wy faceci nigdy nie myślicie, zanim jest już za późno! Wiesz co ci powiem? Jeszcze dzisiaj rano uważałam, że nie jesteś beznadziejny, mimo tego, co o sobie myślisz i chciałam ci pomóc! Teraz wiem, że to tylko strata czasu - właśnie otworzył usta, ale znowu mu przerwałam. - Nie otwieraj japy, bo tylko pogorszysz sprawę! -warknęłam i wycelowałam w niego palec. - Nie bój się, już więcej nie mam zamiaru ci się narzucać - rzuciłam butelkę z rumem prosto pod jego nogi, zmusiłam się do zrobienia kroku i tyłem zaczęłam się od niego oddalać. Patrzyłam mu prosto w oczy wrokiem przepełnionym nienawiścią. Chciałam zachować resztki godności, więc wycedziłam. - Lepiej zapamiętaj ten dzień i tą rozmowę, bo może się...Aaaghh! - moja stopa zahaczyła o krawężnik, a potem kątem oka zobaczyłam ostrą krawędź. Skrzynka na listy- zdążyłam pomyśleć. Przestraszyłam się, chciałam kucnąć, skulić się jakoś, ale nie zdążyłam... Ostatnie co pamiętam to głuchy trzask - trochę metaliczny odgłos i uczucie, że ciepła, lepka maź spływa po mojej skroni. Poczułam zapach krwi.
          Później też nie było jak w romansach - nie słyszałam jego głosu wymawiającego moje imię. Właściwie to nie słyszałam nic oprócz ciszy. Wreszcie nie czułam nic oprócz spokoju. Czy tak wygląda umieranie? Nie mogłam otworzyć oczu. Czułam, że płynę. Dryfowałam. Zdałam sobie sprawę, że nie chcę umierać chociaż dryfowanie było fajne i wcale nie chciałam wracać. Spokój unosił się wokół mnie i otaczał bezpiecznym kokonem. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w moim życiu nareszcie będzie spokojnie kiedy wreszcie wypłynę na powierzchnię. Poczułam coś, czego już dawno nie doświadczyłam - tęsknotę za życiem. A potem zobaczyłam zamazany obraz: ciemną alejkę, migające światło na ganku jego domu, zgarbioną sylwetkę Pana Sieroty i jego twarz wykrzywioną dziwnym grymasem. Pomarańczowe światło latarni odbijało się w jego okularach i błyszczało na czubkach butów. Zobaczyłam też siebie- przemokniętą i trzęsącą się z zimna i gniewu. Poruszałam ustami. Oglądałam naszą ostatnią rozmowę, a raczej mój wściekły monolog jak scenę w tanim romansie. W powietrzu wyczuwałam kwaśny i ostry odór alkoholu. Spojrzałam w dół, stał, jakby wrośnięty w alejkę, w odłamkach szkła i rumowej kałuży, a jego czarne glany błyszczały w świetle latarni. Rum. Szkoda rumu! ", taka myśl przemknęła mi przez głowę i nagle zaczęłam się dusić. Później wszystko się zatrzymało i już nie dryfowałam-byłam na powierzchni. Jeszcze raz zaniosłam się przeraźliwym kaszlem i otworzyłam oczy...

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

"Welcome to my life"

 

Witajcie blogerzy!

         Usłyszałam dziś bardzo mądre słowa: "Jeśli chcesz dać światu cząstkę siebie, to zrób to, bo później możesz żałować, że zmarnowałaś tę szansę". Kierowana potrzebą podzielenia się z kimś moimi przemyśleniami oraz namowom Przyjaciółki, postanowiłam założyć bloga.
Znajdziecie tu opowiadania i różne inne mniejsze formy literackie traktujące o człowieku i wszystkim, co go dotyczy. Bohaterowie tych utworów będą zmagać się z własnymi słabościami, dokonywać trudnych wyborów i po prostu żyć.
         Pisanie od dawna jest moją terapią-próbą powstrzymania tej trąby powietrznej, którą mam w głowie.
Może jeśli się z kimś tym wszystkim podzielę, to poprzez dyskusję na tematy poruszane w opowiadaniach, uda mi się wreszcie nad nią zapanować...
Dlatego proszę o komentowanie zamieszczonych tu opowiadań. Oceniajcie warstwę techniczną oraz dzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami na temat zamieszczonych tu prac. Chciałabym, żeby każda uwaga i refleksja była powodem do dyskusji.
Już niedługo ukaże się pierwsze opowiadanie. Jego bohaterką będzie dziewczyna próbująca zapomnieć...
Co? Kogo? O czym? Dowiecie się już niedługo. Zapraszam!


Inspiracją do pisania jest dla mnie życie i obserwowani ludzie ; moje doświadczenia i zmartwienia ludzi których znam. Bohaterowie moich opowiadań mogą wydać się komuś znajomi. Tak to bywa z inspiracjami. Są nimi ludzie, których spotykam na ulicy, moi znajomi i przyjaciele. Ich zachowania i reakcje czasami będą prawdziwe, a czasem wynikną z wymysłów mojej chorej wyobraźni :D 

Tytuł notatki jest fragmentem i tytułem piosenki Simple Plan - " Welcome to my life ".